W wakacje o gwarancji.
Jak widać deszczowa Szkocja nie nastraja mimo wszystko na kolejne notki. Jednak żeby rozruszać trochę szare komórki i odzwyczaić się od ciągłego wałkowania CV i aplikacji o pracę postanowiłem napisać o naprawach gwarancyjnych. W kolejnych linijkach opiszę dwie mrożące krew w żyłach historie.
Mam sobie wam ja kilka sprzętów. Między innymi aparat Sony DSC T1. Jak pewnie sami się domyślicie potrzebny mi był “idiotyn aparat” o funkcjonalności “odpal i zapomnij”. Zatrzymanie w czasie chwili miało po prostu wyglądać. Nic więcej nie oczekiwałem od tego smukłego kompakta.
Kupiony okazyjnie w jednym ze szkockich lombardów. Gwarancji brak więc sporo ryzykowałem. I stało się. Tuż po 60 dniach w których miałbym możliwość odesłać go na wyspy coś się posypało. Aparat działał ale zdjęć nie robił. Cóż przeleżał w tym stanie kilka miesięcy bo i nie chciało mi się do niego dokładać. Jednak rodzice stwierdzili że przed wakacjami można go spróbować choć przywrócić do życia w serwisie za niską kwotę. Ustaliliśmy próg 100zł na naprawę i pojechaliśmy do serwisu. Tam wzięli go na wycenę. Trwało to jakieś 7 dni i dostaliśmy tylko informację o koszcie naprawy: Nie przekroczy 110zł czyli można było nagiąć trochę zaplanowany budżet. Ku naszemu zdumieniu po kolejnych 7 dniach oddali go nam za darmo. W raporcie z naprawy jasno stoi że to usterka CCD fabryczna i Sony zobowiązał się to naprawić. Jestem pod wrażeniem. Dodatkowo na naprawiony panel dostałem rok gwarancji.
Jeżeli ktoś z was korzystał z serwisu i dostał kartkę z prośbą o wypełnienie ankiety to adres tam zawarty jest zły. Trzeba się udać do http://sonyenquete.deskservices.nl/index.php?lang=pl&land=pl aby to zrobić.
Druga historia będzie tragiczniejsza acz z happy endem.
Laptop HP z serii dv6. Jeżeli ktoś posiada to typ usterki zna pewnie z autopsji. (błogosławieni ci, którzy jej nie znają albowiem nie ujrzą oni bram serwisu)
Niestety za późno się dowiedziałem o fakcie przegrzewania się tych modeli i ich późniejszych fiksacji. Na wykopie można znaleźć całe paszkwile, disy a nawet epitafia na cześć napraw gwarancyjnych tejże firmy a nawet tegoż modelu. Cóż powiem że różowo nie jest ale w Szkocji chyba jakoś tak łatwiej z serwisantami gadać.
Oddałem na gwarancję okazując rachunek. Zabrali tylko lapka i ładowarkę a gorąco mnie ciekawi jak to jest w Polsce. Po jakimś czasie oddali go w stanie wskazującym na dłubanie w środku (naprawili zapadnięty klawisz touchpada, który jakimś cudem udało mi się zepsuć). W raporcie była lakoniczna informacja o wymianie plastików i wiatraka. Po zabraniu do domu i próbie postawieniu systemu (z płytek recovery, które zrobiłem zaraz po zakupie) problemy były nadal. Strzelał BSODami, a w kubuntu po kilkunastu minutach pracy mroził się ekran i nie reagował na polecenia. Czyli jazda do serwisu. Tym razem podjudzony jeszcze przez rodzinę przestałem być miły i zacząłem się z nimi delikatnie sprzeczać. Aż w końcu złamałem ich. Jeden z serwisantów najwyraźniej mając dość mojego angielskiego pobiegł na dział biznesowy i przyprowadził mi kolejnego serwisanta tym razem dzierżącego także zaszczytny tytuł osoby decyzyjnej. On już bez żadnych ceregieli obiecał mi nowy komputer (za stary zwrot 100% kwoty zakupu czyli rok używania a sprzęt nie stracił) jednak…
No właśnie kolejne jednak. Komputer zwracany do serwisu MUSI być z oryginalną kpiną (przepraszam kopią) systemu operacyjnego jakim była vista. Co z tego że akurat udało mi się zainstalować resztkami sił Kubuntu. Cóż z tego że płyty recovery usunęły mi partycję z Windowsem.
I trzeba było zaginać po płyty recovery do domu. Wróciłem i okazało się że przywracanie zajmie im kolejne godziny. Cóż, trudno myślę sobie w duchu i pytam po czyjej stronie leży wina w sprawie monopolu Microsoftu na laptopy? Z tego co powiedział mi ten przemiły gość to obecnie każda firma składająca laptopy ma w swoich EULA zapis o utracie gwarancji i nie jest to wina sklepu.
W końcu nie udało się. Nie uratowali laptopa (a ja mówiłem im to chyba ze sto razy) i zdecydowali dać mi inny. Po krótkiej kalkulacji za dopłatą 20 funtów stałem się właścicielem potwora, o którym pewnie jeszcze napiszę. HP G72-110SA to 17,3 calowy dryblas więc z pewnością stara torba jest do wymiany.
Napisy końcowe:
Serwis gwarancyjny (obsługa paragonu i/lub wstępna ekspertyza) HP DV6 mogliście oglądać przy udziale Tech Guys czyli specjalistycznej jednostki PC Worda.
Fajni panowie. Jeden z nich mówił po Polsku
. Co prawda maksimum jego możliwości było “fajna dupa” jednak byłem i tak pod sporym wrażeniem.
Nie zrażeni moim angielskim tłumaczyli wszystko jak krowie na granicy. I za to ich chwalę.
No trackbacks yet.